Władysław Stanisław Reymont

 

7 V 1867 - 5 XII 1925


Kalendarium

 

1867 - urodził się 7 maja w miejscowości Kobiele Wielkie pod Radomskiem 
1884-1887 - występował w wędrownych grupach aktorskich pod pseudonimem Urbański 
1888 - przekształcił nazwisko Rejmont na Reymont, pracował na kolei Warszawsko-Wiedeńskiej jako starszy robotnik w miejscowościach Rogów, Krasnowa, Lipie 
1893 - przeniósł się do Warszawy i zajął się wyłącznie pracą literacką 
1894 - brał udział w pielgrzymce na Jasną Górę wydając rok później o niej reportaż 
1895 - wyjechał z siostrą Jakimowiczową i jej rodziną do Włoch 
1896 - przebywał w Łodzi i zbierał materiały do "Ziemi Obiecanej", odbył podróż do Berlina, Brukseli, Londynu. 
1897 - odwiedził Paryż 
1900 - brał udział w katastrofie kolejowej pod Warszawą i odniósł poważną kontuzję 
1902 - ożenił się z Aurelią z Szacsznajdrów Szabłowską, pracował nad "Chłopami" 
1917 - otrzymał nagrodę Polskiej Akademii Umiejętności za "Chłopów" 
1919-1920 - przebywał w USA 
1920 - kupił majątek Kołaczkowo 
1924 - został uhonorowany nagrodą Nobla 
1925 - zmarł 5 grudnia w Warszawie

 


TWÓRCZOŚĆ


1895 - "Pielgrzymka do Jasnej Góry" 
1896 - "Komediantka" 
1897 - "Fermenty" 
1899 - "Sprawiedliwie", "Lili", " Ziemia obiecana" 
1902 - "Z pamiętnika" 
1902-1909 - "Chłopi" 
1907 - "Na krawędzi" 
1911 - "Wampir" 
1913-1918 - "Rok 1794" 
1919 - "Za frontem" 
1921-1924 - "Księżniczka", "Powrót", "Spowiedź", "Bunt"

Nowele, szkice, obrazki, reportaże, opowiadania Władysława Stanisława Reymonta:

"Tomek Baran", "Śmierć", "Suka", "Spotkania", "Pielgrzymka do Jasnej Góry", "W jesienną noc", "Sprawiedliwie", 
"Z ziemi chełmskiej", "Za frontem", "Osądzona" "Bunt", "Przysięga".


Reymont w anegdotach...

Zwykle przy wejściu do szkoły wita nas olejny portret Reymonta. Oblicze jego jest poważne, więc nawet do głowy nam nie przyjdzie, by patrząc na patrona szkoły uśmiechnąć się. Kiedy wchodzimy na piętro, przechodzimy obok wielkiego, ciemnego portretu pisarza i tym bardziej nie jest nam do śmiechu, zwłaszcza, że spogląda na nas z wysokości i patrz gdzieś w dal ponad naszymi głowami, jakby nasze zwyczajne, drobne sprawy zupełnie do jego losów nie pasowały. A przecież był człowiekiem z krwi i kości, pełnym rozmachu, radości życia, ciekawości świata, miał wiele wad i zalet, zresztą jak każdy z nas. Lubił opowiadać, dyskutować, zmyślać, niekiedy nie można było mieć pewności czy to, o czym właśnie z takim ferworem rozprawia, jest prawdziwe czy wymyślone. Przeważnie za blagę uważano jego zapewnienia o pochodzeniu ze szwedzkiego rodu, a jednak okazało się to prawdą. W czasach "potopu" szwedzkiego (XVII wiek) znalazł się w Polsce żołnierz Karola Gustawa, który należał do oddziałów oblegających Jasną Górę. Dostał się do niewoli, a potem przydał się jako siła robocza w Gidlach. Zmienił imię z Baltazara na Balcera, nauczył się języka polskiego, ożenił i miał dzieci. Jego potomkowie zostali ekonomami w Gidlach. Jeden z nich, osobnik bardzo popędliwy, przeklinał pracowników zwrotem: "Niech was rejment (oddział) diabłów porwie". Zaczęto więc przezywać go Rejment , a potem przezwisko zostało uznane za nazwisko i kiedy honorowano naszego patrona Nagrodą Nobla w Szwecji, nie zdawano sobie sprawy z tego, że wieńczą potomka swych rodaków.

W bardzo jeszcze młodym wieku nie był ideałem ten późniejszy noblista. Rzemień często bywał w robocie, bo przyszły laureat uważał, że nie ma większego marnotrawienia czasu niż poświęcanie go lekcjom lub odrabianiu zadań domowych. Wszędzie go można było widzieć i na wagarach za miastem, huśtającego się na kościelnej dzwonnicy, wsłuchującego się w szum drzew tylko nie nad podręcznikami. Nawet najdokładniejsze "grzmocenie" nie pomagało przezwyciężyć odrazy do zeszytów i książek. Po takich razach czuł się nieszczęśliwy, zaszywał się w ciemne kąty domowe, a jego łzy potrafiła obetrzeć tylko matka, pani Antonina Rejmentowa, opowiadająca bajki.

Tak dożył 12-tego roku życia i był wstydem dla rodziny, bo "zimował" niemal w każdej klasie. Co robić z taką zakałą? Postanowiono oddać go do terminu do krawca. Zajęcia tego też nie polubił. Pozwolono mu jednak przystąpić do egzaminu na czeladnika. Chciał samodzielnie skroić i uszyć frak. Egzamin zdał. Gdy dużo później pytano majstra, jak ów frak był uszyty, ex-szef Reymonta (Konstanty Jakimowicz) uśmiechnął się pod wąsem i odpowiedział: "Jak na literata, to robota krawiecka była zupełnie dobra". Niestety, rękawy wszył tak, że nie można było się ubrać w ten frak. Z warsztatu krawieckiego udał się prosto do wędrownej trupy teatralnej, a ponieważ ojciec jako niepełnoletniego mógł go w każdej chwili ściągnąć pod swoją rodzicielską władzę, więc przybrał pseudonim Urbański. Nie miał też wielkiego talentu ani też warunków zewnętrznych, bo był niewysokiego wzrostu, o nienadzwyczajnym głosie i wzroku tak krótkim, że bez szkieł prawie nic nie widział. Dyrektor trupy pozwolił mu jednak wystąpić. Wszedł na scenę nieprzytomny z tremy, a że grał amanta, więc musiał być bez okularów. Skończył swoją kwestię i zamiast zejść normalnymi drzwiami, otworzył stojącą obok szafę i wszedł do niej. Śmiechu było co niemiara, sztuki nie można było grać dalej. Tak się skończyła jego kariera aktorska.

W licznych szkicach autobiograficznych przewija się czasem wiadomość, że odbywał nowicjat u ojców paulinów na Jasnej Górze. Kiedy zapytano o to przeora, odpowiedział, że zbadał rejestry klasztornego nowicjatu i nie znalazł nazwiska Reymonta. 
"Inna rzecz-uzupełniał dalej-że z osobą znakomitego pisarza wiąże nas, paulinów, ścisła sympatia, bo gdy wydrukował on swoją "Pielgrzymkę do Jasnej Góry", uprosiliśmy go, by zechciał kilka tygodni spędzić u nas w klasztorze. Gdy zaproszenie przyjął, staraliśmy uczynić mu pobyt u nas najmilszym i z przyjemnością stwierdziliśmy, że dobrze się wśród nas czuje. Być może, że to dobre samopoczucie brał za rodzaj nowicjatu". Nowicjat więc odbywał raczej tylko w swoim wyobrażeniu. Powszechnie znana była pasja Reymonta do praktyk spirytystycznych. Wirującymi stolikami i innymi tajemnicami interesował się od wczesnej młodości. Gorliwie szukał szczeliny, przez którą dałoby się dojrzeć "czwarty wymiar". Nie przyznawał się do tego publicznie, ale cichaczem zachodził do kabalarek, a zwłaszcza do jednej "fenomenalnej" na ul. Siennej w Warszawie. Po każdej wizycie u niej stwierdzał, że "baba jest idiotką", ale już po tygodniu znowu na Sienną podążał.

Reymont czuł się dobrze w każdym zbiorowisku ludzkim, wszystko jedno: literat, fryzjer, który go strzygł, dorożkarz, profesor uniwersytetu czy przekupka na rynku- z każdym umiał wdać się w pogwarkę, od każdego wyciągnąć jakąś cenną dla siebie wiadomość i każdego sobą zainteresować. Nie umiał obojętnie przejść obok czyjejś troski, natychmiast spieszył z pomocą czy radą. Na prawo i na lewo zasypywał ludzi wszelakimi radami, przepisami, receptami. Pani Stanisława Wyspiańska wszystkich artystów uważała za podejrzaną warstwę społeczeństwa, tylko dla Reymonta czyniła wyjątek, bo on zainteresował się jej oborą, chwalił wygląd krów, wypytywał ze szczegółami o paszę na zimę dla nich, a na koniec dał jej starodawny przepis na jakieś futrzane szarawary, by nie marzła, gdy w zimowe ranki asystuje przy udoju krów.

Nie było bardziej towarzyskiego od niego człowieka. Gościnność jego przechodziła w legendę. Słynęły między znajomymi jego obiadki i kolacyjki, na których pani Aurelia dawała dowody talentu kulinarnego równego talentom literackim jej męża. Dzielnie jej w tym pomagała ich warszawska gosposia Tosia. Jej dziełem były wspaniałe nalewki oraz olbrzymie ilości konfitur i marynat, których Reymont był wielkim amatorem. Jeśli tylko nie był zajęty lub skończył swoją dzienną dawkę pisania, natychmiast wypływał w świat, między ludzi, na umówione spotkanie do kawiarni albo zapraszał gości do siebie. Wtedy się ożywiał, zapalał, a bystre oczy śledziły wszystko z uwagą, notowały, co było w polu widzenia. Miał fantastyczny wprost dar pamięci wzrokowej, lubił więc egzaminować ludzi.
 

 Tekst  pochodzi ze strony: www.gimnasie.webpark.pl i został opublikowany za zgodą autora